Maraton czyli skok w szaleństwo: Akceptacja absurdu i zrobienie pierwszego kroku w kierunku ambitnych celów.

Maraton należy do tych dziedzin sportowych, które zasadniczo nikomu nie są do niczego potrzebne. Kupa ludzi zbiera się w jednym miejscu i… biegnie. Niektórzy traktują to jak zawody i rzeczywiście się ścigają o nagrody. Inni traktują to w ramach REKREACJI.

Maraton i rekreacja to jest jednak oksymoron biorąc pod uwagę założenia rekreacji. Maraton to jednak wyczyn. Tak czy inaczej — przynajmniej w moim przypadku — wzięcie udziału w tym biegu to przynajmniej jedna z najgłupszych rzeczy, jakie sobie postanowiłem.

Ale mimo wszystko staram się pocieszyć tym, że KAŻDY robi głupie rzeczy, bo chce czegoś.

Doskonale wiesz, o jakich to rzeczach mówię.

Zasadniczo tego typu sprawy dzielą się na 2 kategorie:

  • takie, które robisz jednorazowo, pod wpływem chwili — np. wsiąść do pociągu w kierunku: „TAM” i następnie mierzyć się z tego konsekwencjami
  • takie, na które wpadniesz, obmyślisz plan działania, stwierdzasz, że to szaleństwo, ale postanawiasz i tak to zrobić — ale musisz się do tego przygotować

Mam długą listę głupot, które zrobiłem. Jak na przykład rozpoczęcie mojej „kariery” w tańcu. Poznałem kobietę i wsiąknąłem. Kobiety już nie znam, a taniec jest częścią mnie.

Powiedz mi, że to nie jest idiotyczne.

Do brzegu:

Kilka lat temu byłem diablo sprawnym gościem. Tańczyłem w Operze Narodowej, w Operze Wiedeńskiej, w różnych teatrach i na eventach. Pracowałem jako trener, instruktor. Biegałem rekreacyjnie i trenowałem na siłowni. Zasadniczo miałem kilka treningów dziennie i czułem się absolutnie genialnie.

W którymś momencie nabawiłem się zapalenia ścięgna Achillesa i musiałem przystopować z niektórymi aktywnościami — np. z bieganiem.

Pandemia mnie tak jakby kompletnie ominęła, natomiast ten parszywy wirus mnie zaskoczył kilka miesięcy po mojej przeprowadzce na Podlasie. Od tamtej pory praktycznie w ogóle nie biegałem.
Miewałem co prawda momenty, gdzie dużo spacerowałem, ale nie wróciłem do biegania.

Ostatnio w moim życiu wprowadzam sporo zmian. Stwierdziłem, że trzeba próbować różnych rzeczy, więc postanowiłem, że pójdę krok dalej, niż rzeczywiście powinienem ze zdrowotnego punktu widzenia.

Będę biegał. Pójdźmy jednak po grubości.

Maraton

Nie na 10 km. Nie półmaraton.

Maraton.

Wydaje mi się, że padło mi na mózg.

Ja wiem. Niby nie jest to jakaś tragedia. Nie jest to jakiś absolutny wyczyn, dużo osób teraz biega, ale NIGDY NIE BIEGAŁEM DALEJ, NIŻ NA 10 KM, co też było raczej przymusem, niż przyjemnością, bo: „trener kazał”. A to były jednak czasy kickboxingu — czyli studia. Kilkanaście lat temu.

Postanowiłem podjąć to wyzwanie i w ciągu… jakichś 8 tygodni przygotować się do biegu.

Pamiętajcie, że od praktycznie 2 lat nie byłem regularnie aktywny fizycznie. Zawsze bywały jakieś przerwy. Jakieś takie pierdoły, które sprawiały, że wypadałem ze swojego rytmu.

Praktycznie od właśnie tych 2 lat — gdzieś głęboko w bebechach czułem, że muszę zrobić JEDNĄ RZECZ, której nie chciałem robić od dawna, a mianowicie biegać na długie dystanse i całkowicie wyjść z osławionej strefy komfortu.

Albo przynajmniej rozprawić się z jednym ze swoich gównianych przekonań.

Pamiętam, jak w czasach gdy wyglądałem jak mikser na nogach rozmawiałem ze swoim ojcem. Ten był dla mnie wielkim wzorem do naśladowania. Na nieszczęście wyraził się, że on: „nigdy nie był dobry w biegach długodystansowych”. A mi to oczywiście gdzieś utknęło w głowie, bo jako mały dzieciak wierzyłem w to, że takie rzeczy są „rodzinne”, więc też nie będę biegał.

Cóż. Mam dość swoich słabości i tego, jak wiele mam w podświadomości elementów, które mnie blokują i między innymi dlatego też sam również postanowiłem przejść przez kurs, który napisałem, jak tych problemów w sobie miałem nieco mniej (ewentualnie były zagłuszone przez dyscyplinę).

Nie jestem pewien czy mój plan należy do najbardziej roztropnych.

Skoro nigdy nie biegałem — część z Was stwierdzi, że to idiotyzm.

Ba! Sam tak twierdzę!

Zresztą ten gość, z którym napisałem plan treningowy też nie patrzył na temat jakoś skrajnie pozytywnie. Cóż. Powiedzmy, że bywam uparty jak osioł.

Tak czy inaczej, muszę to zrobić. Tym bardziej że mówię już o tym publicznie.

Zazwyczaj zmiany w ludziach następują, gdy:

  • robią coś, czego się boją;
  • dotyczą czegoś, czego BARDZO nie chcą robić;
  • robi się to coś w bardzo niesprzyjających warunkach.

Tak czy inaczej — oczekuję pewnego przełomu w moim życiu,

Plan jest na obiegnięcie jeziora Wigry w Maratonie Wigry

Przynajmniej będzie ładnie, zielono i w ogóle fajno 🙂

Ideą tych kilku tygodni — tak krótkiego czasu na przygotowanie jest udowodnić sobie, że mam dostateczne pokłady siły woli i dyscypliny, żeby zrobić coś naprawdę trudnego i znacząco wykraczającego poza zieloną strefę mojego obecnego bytowania.

Ostatni tydzień był taką formą macania moich możliwości:

  • Wszędzie jeździłem rowerem — robiąc nawet po kilkadziesiąt kilometrów dziennie;
  • Chodziłem codziennie na spacer;
  • Robiłem pierwsze podrygi biegowe.

Szału jak na razie nie ma, ale wierzę, że upartość mi nieco pomoże w działaniu. Wszyscy, co brali w maratonie udział mawiają, że najważniejsze są bebechy — głowa — duch — wola walki. Tego mi na. razie nie brakuje, a ciało się niestety będzie musiało dostosować 😉

Czy dobiegnę do linii mety? Nie wiem, ale choćbym miał się do niej dotoczyć, to ją przekroczę.

Zwyczajnie mam już dość ograniczania siebie przez… siebie.

Możemy pluć na innych, że zostaliśmy skrzywdzeni przez los, swoich rodziców, bliskich, partnera, żonę, pracodawcę i cały świat, ale w konsekwencji to jednak wszystko kwestia podejmowanych decyzji.

Czy gówniane przekonania sprawiają, że jest trudniej? Owszem. Dlatego też warto jednak się niekiedy zatrzymać i zweryfikować to, jakie te przekonania są. A potem przeanalizować czy to, co robimy jest tym, co trzeba zrobić, a nie tym, co jest wygodne.

Ten wpis ulegnie zmianie

Chyba że zostawię go w formie takiej, jakiej jest, a po udziale w maratonie napiszę kolejny dotyczący biegania jako takiego, porównania stanu przed i po, zmian wewnętrznych i innych takich rzeczy.

Plan treningowy, który przyjąłem mam rozpisany na kartkach papieru i chwilowo nie nadaje się do „oficjalnej publikacji” (no halo, jakiś poziom trzeba trzymać, nie? 🙂 ) A terminy gonią — dziś powinienem wrzucić kolejny wpis na bloga — stąd taka niepełna forma marketingu.

Jakby co, wybacz — robię co mogę, żeby pilnować przede wszystkim swoich celów i postanowień, a doba nie jest z gumy. PRIORYTETY 🙂

Jak tylko go rozpiszę do sensownie prezentującej się formy, to wrzucę tutaj możliwość jego pobrania. Tymczasem — jeżeli chcesz wziąć udział w maratonie — napisz do mnie, a podzielę się planem w wersji roboczej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *