Niech się liczy

Integralność.

Panowie, kiedy facet robi głupie rzeczy? Przychodzą mi do głowy w pierwszym rzucie dwa przykłady. Gdy jest pijany i ponosi go ułańska fantazja i gdy poznaje kobietę. Jak miałem 23 czy 24 lata — zaraz po powrocie z Kopenhagi — poznałem dziewczynę, z którą miałem do czynienia dosłownie chwilę. Wtedy dotarło do mnie, że rozmowy po pijaku z ładną niewiastą potrafią namieszać jeszcze bardziej, niż ustawa przewiduje.

NIE DO KOŃCA Z ROZWAGĄ

Wyobraź sobie: wyjeżdżasz do Danii. Mieszkasz tam rok, w czasie którego głównie pracujesz, albo wręcz zasuwasz jak mały, dziki osiołek. W międzyczasie dochodzisz do wniosku, że duńska uroda kobiet do Ciebie nie przemawia.
Wracasz więc do Polski, dostajesz zaproszenie na domówkę. Tam poznajesz dziewczę, które po nieco więcej, niż „kilku” szotach (i Twoich i jej) zaczyna uczyć Cię tańczyć. Na koniec mówi, że masz talent i powinieneś iść do zespołu tanecznego.

PÓJDĘ! – odpowiadasz. No przecież nic innego nie mogło Ci przyjść do tej otumanionej łepetyny.

Najgorsze jest to, że kolejnego dnia o tym pamiętasz. Jakieś tam zasady w życiu wyznajesz, więc idziesz.

Biorąc pod uwagę, że wcześniej trenowałeś krótko, szybko i na temat (boks, kickboxing, judo), to tutaj delikatne, świadome, pełne gracji ruchy nie do końca do Ciebie przemawiają. Stwierdzasz jednak, że nie możesz być miękką fają i nie zrezygnujesz przez to, że Ci się nie podoba, tylko dlatego, że Ci nie wychodzi.

Zostajesz więc na cały okres próbny i na Twoje nieszczęście (a może i szczęście?) zaczynasz lubić ludzi. Tu impreza jedna. Tam wyjazd drugi. Fajno jest. Wiążesz się z miejscem na lata ze względów towarzyskich.

TO W OGÓLE NIE TAK MIAŁO BYĆ

Do Danii pojechałem m.in. po to, żeby zarobić kesz na gitarę i piec. Miałem być szarpidrutem, który dodatkowo miał drzeć japę. Skończyłem po latach na machaniu nogami, a nie banią (choć długie włosy mam do dziś).

Po czasie dość krótkim trenowania tańca stwierdziłem, że nie mogę być kiepski w tym, za co się wziąłem (no bo przecież trzeba brylować wszędzie tam, gdzie się idzie), więc zacząłem dodatkowo uczęszczać na wszelkie możliwe szkolenia, treningi taneczne z różnych technik i stylistyk, jakie mi były czasowo i finansowo po drodze. Skończyło się na tym, że zostałem instruktorem.

Chwilę potem dowiedziałem się, że dziewczę, które mnie do takiego hobby namawiało… zasadniczo taniec to tak średnio lubiło. Bliższy jej był jednak śpiew.

No cóż. W tym momencie nie był to dla mnie jakiś większy problem, a potraktowałem to jako ciekawostkę, że warto jednak samemu wyznaczać pewne standardy, by nigdy nie robić czegokolwiek, co jest wbrew sobie, a wpisuje się w gusta innych.

Tak czy inaczej, postanowiłem wtedy, że dobrze będzie to wyglądało w CV, jeśli chcąc uczyć tańców estradowych będę mógł się pochwalić sensownymi sukcesami w teatrach (eventy do kotleta niby działają na tych samych zasadach, ale to nie ta ranga w oczach podopiecznych), więc poszedłem na casting do teatru i… przyjęto mnie. Potem drugi… to samo i jakoś dalej poszło. Z ważniejszych był „Skrzypek na dachu” na deskach Teatru Żydowskiego i „Halka” w Operze Narodowej (wraz Operą Wiedeńską).

Potem świat i życie kulturalno-społeczne poszło się kochać przez pewnego celebrytę, którego absolutnie nikt nie chciał, a ludzie zaczęli głównie przesiadywać we wnętrzu własnych domów.

Do brzegu, stary

Nie piszę tego, żeby się jakoś chwalić (no może trochę). Bardziej chcę zwrócić uwagę na fakt, że życie płata nam figle. Czasami bywa fajno, a czasami bywa mocno pod górkę. A jeszcze kiedy indziej robimy sobie niby-pod-górkę po to, żeby się okazało, że można było się przez to nauczyć tyle, że japie… no bardzo dużo.

Jednocześnie niedługo przed tańczeniem w Operze Narodowej miałem najgorszy czas w życiu. Nie szło mi w pracy, w drugiej pracy miałem mocno pod górkę z przełożoną i 'przyjaciółmi’ (tak to jest, jak się zaczyna osiągać więcej od niektórych 'bliskich’ – zaczyna się rozumieć, o co chodzi w połączeniu noża i pleców). W życiu towarzyskim też nie było kolorowo i w ogóle wszystko po kolei się sypało.

Od tamtej pory nieco zmieniłem swoje usposobienie. Moi mentorzy pytali mnie: Co się stało, że się zmieniłem? Kiedyś byłem bardziej jowialny, a teraz jestem milczący, skoncentrowany i zadaniowy. Cóż. Życie boli. Życie uczy. Dużo się nauczyłem, ale musiałem się nieźle namęczyć, żeby być w tym miejscu, co dziś.

Dlaczego się zaczęło sypać?

Bo nie byłem przygotowany. Bo nie miałem ustalonych priorytetów. Zbyt mało wiedziałem na temat wyznaczania zadań, celów i były one bardziej listą życzeń, aniżeli jakimkolwiek planem działania. Działo się zbyt dużo, a ja nie wiedziałem, jak to wszystko udźwignąć. Pomimo bycia hop do przodu i posiadania umiejętności tu i ówdzie, nieco mi brakowało. Zresztą dalej mi brakuje i widzę swoje przywary, ale teraz nad nimi pracuję — głównie po to, żeby nie być ciężarem dla innych, a co więcej — być dla innych wsparciem.

Faktycznie, można niekiedy osiągnąć wiele, ale jeśli się nie działa w jakiś ustrukturyzowany sposób, bywa to szalenie wyniszczające. Rzucałem się całym sobą w kierunku, który uważałem za słuszny, ale ze wszystkimi sukcesami wiąże się pewna cena. Gdy jednak nie zdajemy sobie z niej sprawy, konsekwencje zaczynają wymykać się spod kontroli. Tym bardziej że dzieje się tak dużo rzeczy na raz.

Balans to umiejętność, a nie cel sam w sobie

Jeżeli chcesz być pisarzem, musisz pisać.

Jeżeli chcesz być biegaczem, musisz biegać

Może taniec? Zgadłeś. Tańcz.

Jeżeli chcesz mieć zbalansowane życie — musisz nauczyć się określać, co możesz, a co musisz poświęcić. To nie jest stan permanentny. Raz go osiągnąłeś, jako cel życiowy i to już jest do Ciebie przypisane. To umiejętność, która pozwala Ci osiągnąć takie życie, w którym z żadnej strony nie zabraknie Ci kołdry. Czy jest to łatwe? No właśnie nie.

Mam jednak przygotowany dla Ciebie kurs, który pomoże Ci osiągnąć to, co rzeczywiście istotne. Co więcej — to, co jest istotne DLA CIEBIE. Co ważniejsze — wyznaczymy cele, a nie listę życzeń.

Musimy określić gdzie jesteś, co masz i jakie są Twoje zasługi dla życia swojego i świata, który Cię otacza. Następnie to, czego potrzebujesz, a czego powinieneś unikać. W konsekwencji przeprowadzimy ewaluację całego przedsięwzięcia i dokonamy odpowiednich kalibracji.

Dla kogo to i po co to wszystko?

Dla mężczyzn. Dla facetów, którzy planują być mężczyznami. Brzmi pompatycznie i jak u typowego guru od męskości? Takiego od bycia prawdziwym mężczyzną, szukającym siebie, czułym barbarzyńcą?
W sumie mam to w nosie. Trochę o to chodzi, a trochę nie do końca.

Ideą tego wszystkiego jest stworzenie społeczności facetów, którzy coś sobą reprezentują. Dużo się mówi o samotności. Dużo się mówi o wyobcowaniu i braku zrozumienia. O tym, że zmieniają się standardy. O tym, że zmieniają się przekazywane ideały, albo że trzeba ich szukać wśród kompletnie nieznanych ludzi. Relacje są coraz bardziej spłycane i coraz rzadziej można spotkać ludzi, do których wiesz, że możesz zadzwonić, gdy tylko wpadniesz w g*wno po uszy.

A ta społeczność ma być pełna takich właśnie mężczyzn, ale — żeby tak było, można szukać członków wśród tych, co już są na poziomie, a można dać coś światu i sprawić, że takich ludzi na świecie będzie zwyczajnie więcej. Serio, nawet kilku wystarczy i będę uważał to za sukces.

Ten kurs to taka forma podziękowania światu za to, co dostałem, co udało mi się wypracować, gdzie jestem i że nadal idę tam, dokąd chcę. Czy znaczy to, że uważam się za absolutnego prze-kozaka i kogoś pokroju Gandhiego czy Nelsona Mandeli?

No nie do końca. Nadal się uczę, nadal daleka droga przede mną, ale tyle, co wiem, potrafię i mogę — z chęcią przekażę dalej.

Czego chcę?

W zasadzie to niczego. Od lat pracuję z młodymi ludźmi. Od jakiegoś czasu pracuję z ludźmi nie koniecznie młodymi. Powiedzmy, że nie wszystko mi się podoba, co się dzieje w naszym społeczeństwie. Ludzie przychodzą do mnie z różnymi problemami i w sumie ten mailing jest tworzony z myślą o tych wszystkich, co tej pomocy potrzebują. Ten kurs stworzyłem z myślą o moich bliskich. Ewentualnie skrycie mogę przyznać, że lubię ludzi i zawsze ta jedna dodatkowa, ogarnięta osoba gdzieś bliżej jest na wagę złota.

Rodzi się jednak pytanie dodatkowe: czy będę coś sprzedawał? No pewnie, cudów nie ma, ale jeszcze nie teraz. Za ten kurs na razie nie musisz płacić. No, chyba że myślimy w kategoriach zapłaty własnym wysiłkiem, ale w takim wypadku to nie ja będę cokolwiek inkasował. Ty będziesz.

Życie nie jest łatwe, ale nie znaczy to, że nie można na to jakoś poradzić.

Gif raczej humorystyczny. Łatwo nie będzie, ale biczowania też nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *